to przez brak wiary w boga

czy przez śmierć wpisaną w moją
krew

już od chwili narodzin

spoglądam za siebie

nie dowierzając złudzeniom

nawet tym których mogę dotknąć

ręką czy też stopą

czy zobaczyć nie zamykając oczu

panno czcigodna

namalowałaś mnie

na zmurszałym drewnie

kruszę się niknąc

gniję

zbierać będę twoje włosy z poduszek

twój zapach z moich ubrań

na kolorowo namaluję nasz obraz razem

później zamienię barwy

przerobie na czarno-białe

brunatno-szare

będzie sentymentalnie

jeszcze kilka razy cię wyśnię

taką wspaniałą

w nieskazitelnej bieli

później będę powoli uśmiercał

słuchając twych błagalnych szeptów

bym przestał

aż znikniesz

śmiertelnie piękna

boleśnie nieskazitelna

rzeczywistością

prawdą o nas samych

odejdziesz

i widać będzie

z twych oczu smutnych

że się zawiodłaś

spakujesz wszystkie swe myśli

o mnie

i odeślesz w kopercie

bez adresu zwrotnego

„do widzenia”

tyle zostanie

naszego w sobie istnienia