szczesliwy-czlowiek blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 5.2006

rozpływający się uśmiech
zatopiony w ułudzie
taka wiśnia w kompocie bez granic
gniew zdartych dłoni
porozrywanych od bicia
poszarpane sękiem wystającym
płaczą szkarłatnymi łzami
jak te sny których nie zna nikt

rozpięta na ziemi jak krzyż
szepcze że nic nie wie
szuka drogi chora myśl
krzyk rozrywa pierś
to śmierci pieśń
podsycona blaskiem księżyca
odbitym od srebrnej zieleni roślin

i tyle jest miejsca ile ma ta pieśń
rozdrapane żyły i naskórek pod paznokciami
ale jest niemo dziwnie tak
jakby wschód umarł
i miał nie istnieć więcej
i tylko matka noc na jego pogrzebie

czarne unoszące się postacie na niebie
wokół ciebie podpowiadają sny
wymyślone nocą sny
odbierają jasność dnia
widzisz twarze nie poznając ich
w blasku nienarodzonego światła
monomania werdykt sąd najwyższy
jaka? że nie ma nic

w malignie nie widzi nic prócz
z czerwonej kurtyny ścian
i kobieca ręka drapiąca do krwi twarz…

leżała na podłodze a jej zaszklone
smutne do przesady oczy patrzyły w sufit
szukając na nim nierówności

szukając chmur których nikt nie widział
i szukając nieba którego nie ma
rana doświadczenia zawiązana bandażem

bezlitosny krzyk bezgłośnych chwil
rozdzierał serce zaciśnięte w dłoni
a śmierć szła krok po kroku – z nienawiścią

ile człowiek może znieść niezadawanych ran
kolących ducha właśnie poznała smak
samotność – obezwładniająca samotność

cisza której nie rozumiała przeszkadzała żyć
i jego dłoń odciśnięta krwią nad łóżkiem
spazmatycznie płakała oddając się białemu światłu

list którego nie było który jej zostawił
nic nie mówił po prostu był w jej sercu
jak testament zostawiony dla tych którzy przyjdą

wezmą po nas nasze rzeczy nawet przez chwilę
nie pojmując ich znaczenia urzeczywistniając je
bez metafizyki i filozofii bez magii

a wszystko co jest to nic bo kiedyś tego nie będzie
i zalała się od łez z furią uderzając dłońmi o podłogę
przez zaszklone jej oczy widziałeś głębię duszy…

zapętaną w bezbarwność życia

boli boli boli jakby ktoś każdy mój nerw
rzeźbił tępym dłutem

a zęby bolą od zagryzania ust
by nie mówić nic chociaż duszę
rozdziera piękny krzyk…

Odwróciłem się na drugi bok, głowę wbiłem w poduszkę, lecz sen był daleko. Przypominałem sobie wszystko, co tylko przypominać sobie można, lecz myśl moja, jak wściekły bumerang, wciąż wracała do pewnej sprawy, do pewnego człowieka, którego kochałem naprawdę ze wszystkim złym i dobrym, co tylko może dać miłość, i przypominałem sobie tę noc, kiedy prowadziłem ją do siebie do domu po raz pierwszy, padał wtedy śnieg pomieszany z deszczem, nad miastem kulił się listopad i brnęliśmy przez kałuże w milczeniu, nie mówiąc do siebie ani słowa, tak że słychać było w ciszy miasta tylko nasze kroki i krople spadające ze skostniałych drzew; a potem przyszedł ranek i kiedy obudziłem się koło niej, nie odczułem ani radości, ani szczęścia, tylko po prostu strach, nikczemny, zwierzęcy strach, że to się kiedyś, nieuchronnie, jak wszystko dobre skończy lub zamieni w gnojowisko, i dopiero wtedy zrozumiałem, na czym polega nędza i głupota tego wszystkiego, co ludzie dotąd napisali o uczuciach; a nieco później zrozumiałem niestety, że nikomu nigdy nie uda się tych właśnie, ludzkich cierpień przekazać; że jest to sprawa obwarowana przez wszystkie możliwe siły, jakimi żyje człowiek, otoczona ciemnością i murami, tak jak ja w tej chwili – w tym łóżku w tych koszarach, w tym mieście.
Przypomniałem sobie te wszystkie następne miesiące, które nastąpiły potem, kiedy brnąłem przez miasto, przez ludzi, przez życie, z tępym bólem czegoś, co nazywa się sercem, ale jest chyba tylko samym, właściwym, prawdziwym, jedynym piekłem; kiedy codziennie umierałem i zmartwychwstawałem na nowo, aby kochać i aby przegrywać swoją miłość; i kiedy zrozumiałem, że właściwie w tej największej sprawie życia ludzie nie są w stanie pomóc sobie nawzajem i że są wobec siebie bezwładni jak kukiełki, którym puszczono sznureczki.

czasem gdy przypominam to sobie, patrząc w twoje oczy, umieram z bólu…

w domu z tworzyw sztucznych
skuty w kajdany żądzy
sam się jej oddałem
między gwiazdą a niebem
między wodą a drzewem
w głowie zamęt mam
ogień opala nasze ciała
które wydzielają zapach wiśni
prosto z twej dłoni
a uszy zatkane śmiechem
schizofrenicznej damy
co ciało mami
my dusza wplątana w duszę
nabrzmiałe usta
tyle mówić chcą
ale twarze promienieją ciszą

na piasku rozsypana przez wiatr
błędnym wzrokiem patrzysz tak
twój wzrok przekłuwa mnie
no przecież czuję jak przepływa
przez Ciebie szaleńczo krew
twoich rzęs na policzkach cień…
zacienione oczy
trzepot rzęs twoich przecież słyszę
uśmiech obezwładnił mnie
nie chcę słyszeć nie chcę widzieć
tylko rozpalony dotyk czuć
i słodki smak ust co jak muśnięte
słońcem trawy źdźbło

księżyc zza chmur woła chodź!
musimy iść nim na głowę spadnie dzień
idziemy nocą bo nocą człowiek wie mniej
a chce więcej
a jest tak że na usta cisną słowa się…
wiesz…………….
boję się że ktoś przyjdzie
zabierze najwspanialszy sen…

upadają bez powodu drzewa
a ta ziemia na której stoimy
nie rusza się miejsca – ani drgnie
wskazującym palcem dłoni dotykam Cię
i prąd na skroni mam
teraz w miejscu stoi czas
oko w oko się styka
jest tak cudownie… wiesz…
a ja się potykam…
jak zwykle
zanim coś zrobię albo powiem
swój wzrok utkwię w Tobie
i jak woda się rozpłynę
zatoczę pijany krąg wokół Ciebie
zderzyłem się w Tobie z niebem
pod drzewem skąd widać gwiazdy
stopień po stopniu w górę
a kwiatek jest spłaszczony
strona 24 i 25 moja książka…
usta płatki kwiatów wiatrem targane
jedno z drugim się przenika
jak dusza z ciałem
noc ze wschodem i zachodem
bo kiedyś miłość wolnością na złotą drogę…
zobaczysz kiedyś spłoniemy tak że
nic z nas nie zostanie
ale każde z nas ognistym ptakiem
nieśmiertelne
ręka w rękę
idziemy dokopać światu
tym co nie wierzą na udrękę…

nie ma tak że świat wypala się w nas
jest kryształów blask zamkniętych po powiekami
dłonie splecione w dwie sylaby
znaczą tyle samo co wolność i nienawiść
czy dasz się kamieniem zabić
czy uchylisz głowę choć na moment
by zrobić głupcom drogę
nie wolno tego czego nie chcesz
a jeśli pragniesz to niech pragnienie
Tobą zawładnie
idź za głosem serca
choć ceną może być grób na dnie
sumień innych co ich sumieniem Bóg obdarzył
gdzie jedynym władcą jest farsa
a smak drzew czy wiesz jaki jest
i liście zielone wklejone w skronie
ugryzienie w usta i świat tonie
w kolorze czerwieni jak policzek
gdy się rumieni od nadmiaru alkoholów
wlanych z sokiem do krwi
czy to świat jest dziwny czy my?
biała kulka uwięziona w trawie
smutno łypie a ja podejdę i ją wezmę
oprę głowę o twą nogę
rzucę kulką w niebo
stamtąd odpowiedź może spadnie
goryczą słońca spłaszczonego na skórze
odpowiedzi szukaj z nami do góry nogami
jakoś tak
a księżyce to większe odmiany gwiazd
czy uwierzysz gdy powiem tak
czy pójdziesz jeśli powiem idźmy tam?
kiosk z uczuciami i biały pergamin na którym wypisałem
że wypalą mnie ogniami
siedzę na parapecie i patrzę paranoicznie na gwiazdy

usta – do zmieszania umysłu brama…
siedząc na spękanej ziemi widzę to
a patrzę na niebo bezchmurne
gdy je złotawa rysa przecina
drzewa wspomnień z hukiem o ziemię uderzają
korzenie popękały w ziemię się przeistoczyły
dotknięciem ręki las runą jak zapałki
gwiazdy żywym ogniem się stały
i namiętność jednym tylko krzykiem
niesionym za światy
przez anioły zgrozy odebrane ciszy
w orszaku promienistej zorzy
inni tylko mówią w innym świecie
szepczą jak bardzo siebie nienawidzą
pętają proste nici na których pozawieszane
krzywe życie
a my leżymy za drzewem
jednym tchnieniem światu odebrani
parą z twoich ust deszcz słów wymalowany
ja nie mówię nic – jestem pijany
na dnie łąki w pajęczynie kwiatów
leżę rozlany nieprzytomnie
obmalowany mój kontur węglem twoich oczu
Ciebie mam przy swoim boku
dotykiem ręki mierzę twą gorączkę
obecność niezmywalną jak znamię
pozostawione na duszy
jęzorem przenikliwego lodu
mam Cię i trzymam za rękę
nie puszczę… chcę jeszcze
chcę trwać na zawsze
zaplątany dłoni twojej ciepłem…
się nie ulęknę stanę ze sobą twarzą w twarz
i z oczu wyczytam
że nie jestem sam…


  • RSS