szczesliwy-czlowiek blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 4.2006

zapada noc tuż pod wieczór
a krople ze szmerem szurają po szybie
wszystko tak pięknie pachnie deszczem
a jak pachną twoje włosy
czy dane mi będzie wiedzieć?
czy pójdę za rękę z Tobą…
a deszcz jest pięknem świata
cała deszczem przesiąkłaś
nie kłam mi i powiedz
gdzie Cię kiedyś zabiorę?
gdy już swoją duszę
twoją dusze wplotę
i będziesz mi deszczem
na gorącą głowę
i gdy światłem rozbłyśnie twoje oko
tęczę zobaczę
a na jej końcu skarb ukryty
umieszczony w twej dłoni
otwórz ją!
zostań mą strzykawką z opium…
wpłyń do mej krwi
rozpuść umysł
słodkim jadem
i jeszcze raz opętaj…

przez zamknięte oczy widzisz
ten kamyk co się świeci
weź w dłoń to rozżarzony węgiel jest
sparzy Ci dłoń
weź póki jesteś dzieckiem
bliznę pozostawi
na resztę życia spamiętasz
kto cię zabił
trzymając rąbek twej spódnicy
krzycząc coś
że mi się śni dzień lub trzy
z tobą na ziemi
a nikt nie wie nic do końca o kimś
bo o sobie nie sposób wszystko wiedzieć
nocą płakać nie cnota…
ale za dnia?
co za godzina czarna
czeka postać chuda
na środku toru między
wschodem i zachodem
w mojej dłoni rosa z twoich oczu starta
nie odchodź!
zieleń traw w twoje spodnie wtarta
i odciśnięta poduszka na twarzy
nie marzy mi się
grom niszczący głazy
a cisza marna
zapadła w te nasze dokumenty
zapisków sterty
wklęsłych w twarze
od tej złości bez przyczyny
bo nie rozumiem dni
gdy patrzyć przestałaś…

więc weź ten węgiel
ode mnie w prezencie
i się nie sparz
bo będziesz musiała mnie pamiętać
a lampa świecą nade mną się garbi
uderzając po oczach
brak mi tuszu na palcach
(pod oczami mam już
z tuszu kreski)
a głowa łysa
taka wizja chleba
przekrojonego na wskroś
dłoń – oko – smutek wtulający się do rąk…

zapadła cisza między nami
w pokoju za zamkniętymi drzwiami
cisza taka że z pewnością świat słyszał
a dusza umarła
ktoś zakopał ją w stercie węgla którą
sami stworzyliśmy
ona spłonie razem z nami
płomieniem pomarańczowym
dusza bez ciała
zapadła w siebie
sama
a miłość była niema
i tylko rozwinęła swe czarne skrzydła
nad nami
zatrzęsła się ziemia
niebo uderzyło piorunami
miłość – czarne skrzydła
twarz szorstka od szarego mydła
nie tak ją w głowie miałem
i te plamy na swetrze…
ehhh….

nie wróciła przed nocą
zanim mróz mnie spalił
na twarzy
nie zrobiła nawet kroku
stała jak stoi…
tak długo czekałem

gdzież ten mój kochany?
co go trzyma i mami
że muszę siedzieć tu nocami
czyż on ciszę pragnie zdławić?

idź na wskroś
przez pole i malin gąszcz
do słupów powiązany
przez zarośla i trawy
i patrz na czasu wymiary
las zielony pełen duchów
gdzie kwiat paproci wszystko szpeci
i ciała tych co przeklęci
idź przez okopy wojen
po trupach rozsianych jak mak
głębię zimnych mórz
spóźnisz się i tak…
nie zdążysz do źródła
boś ty pijany…
nie patrz na ludzi
patrzaj na jej twarz
kwiatem upiększoną
patrz na ten samotny krzyż
okupiony beznamiętną bronią

wstań i idź! ziemia czeka…
na ciało człowieka…

za sobą słyszę tylko twój głos
jak wołasz mnie bym wcześniej
przyszedł żeby był jeszcze dzień
to pójdziemy na spacer
a na nim zerwę Ci bukiet z błękitnych pokrzyw
owinę Cię pomarańczową nicią zwisającą
z szalonych drzew
poplączę twoje ręce i nogi
twój uśmiech zaplączę
wśród gałęzi będziesz stałą naga
taka poplątana
a jednak będziesz się śmiać jak nigdy
jak nigdy wezmę Cię na ręce
i jak nigdy pójdę tam skąd przyszedłem
jak nigdy bez słów zbędnych
ominiemy tych ulicznych szaleńców
twarze oszpecone nienawiścią
która emanuje od nich
niesiona przez wiatr
do najgłębszych głębin świadomości

w roli głównej taniec na kolorowej nitce
ja zagram pierwsze skrzypce
zaprowadzę Cię gdzie kończy się zasięg wzroku
gdzie kończy się jedne a zaczyna następny rok
druga strona tęczy? to dobre dla dzieci
dla nas jest
druga strona lustra
rozmazane wilgotne usta
zmrużone oczy
i ten obłąkany dotyk…
STOP!
bo stąd jeden już tylko krok…

pokonane prawa grawitacji
jestem o krok od lewitacji
na wysokości czubka nosa
ani wino woda chleb ani Ty
nigdy nie zabiorą mi wiary
w klęskę ludzkich dni
ten serca ból i ciągły strach
przytul mnie jeszcze tylko
jeden raz tak bezdotykowo
uścisk syntetycznie tworzony
taki plastik pod przykrywką
a mi wcale nie jest przykro

stare drzewo przewrócone przez wiatr
nie jest nauczką dla młodych drzew
a ta woda wypłukuje nas do cna
w tej rzece płyną innych plemion korzenie
i nie zmienił nas czas ani żadna inna siła
która dawała wolność a potem zniewoliła

w szpitalach szafy czekają na umarłych
gdy przyjdzie czas powiozą tam i mnie
wszystko minie jak sierpniowy sen
całe życie od początku w jeden dzień
a potem… potem ujrzę bladą
trupią twarz i poznam że ten koszmarny
uśmiech to mój uśmiech i zajdę się od płaczu
sam

kto spisał los i w której księdze
tego nie odgadnie nikt
gdzie sprawdzić jakie czekają nas dni
czy już był czy dopiero przyjdzie życia szczyt
i jak daleko stąd do dna
wiejących zimnem oceanów
bo to w wodzie jest niebo
i dusze wszystkich naszych panów
co przez wieki niewinnych wiedli
na stracenie w swoje chore idee

a Ty pamiętaj
nie zostaniesz sama gdy otwarta dłoni brama
czekająca na zabłąkana palce przecież wiesz
dziś jestem jutro znienawidzisz po trzykroć mnie
serce nie zawoła gdy ludzie wciąż dookoła
tutaj trzeba ciszy z grobu i spalonych firan
domu wariatów na zgliszczach cmentarzy kwiatów
wyrasta rudawa trawa od płatków płonących róż
chciałbym widzieć tam Ciebie a w twojej dłoni nóż
wycelowany we mnie i we krwi twe ręce

a oni
gdzie Zeusa grom? gdzie to piękno Afrodyty?
czy tamte czasy już całkowicie ktoś zniszczył
gdzie mądrość Greków, gdzie kodeks rzymskich praw?
tak one także idą na oceanu dno
tęskno mi za czasami gdy cały świat okrywał las
człowiek bosą stopą przemierzał go deptając gąszcz traw
nie spotykał twarzy innych ludzi a czas wyznaczał
słońca zachód i wschód

a teraz tylko zachód
i zachodni zgniły wiatr niszczący
resztki człowieczeństwa w nas…
i ten wir co na dno wciąga nas

czy zdaje mi się czy słyszę szyderczy śmiech?


  • RSS