szczesliwy-czlowiek blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 2.2006

po gwiazdach na wprost
zabiorę Cię tam gdzie twój dom
po krawędziach ścieżek
w lasach tajemniczych i innych
raju szalonych
chodźmy nie wołając pomocy
w splecionych dłoniach
dwa znaki radości i żałoby

porannym słońcem rozświecona twarz
i rosa na twoich włosach
a wiatr osuszył łzy
tych dni złych przepełnionych bólem
czy rozumiesz zaplątana w trawę
dokąd Cię prowadzę?

siądźmy nad strumyczkiem
w nim utopmy świat
w każdej kropli między czernią i bielą
widać kontrast
każdej kropli słuchaj szmeru
usłysz jak brzmi
o nic nie pytaj
tylko w strumyk wskoczmy

i gdy tak leżymy i woda zalewa twarze
to pozostawia niezmywalny ślad
świadomości tatuaże
widać niebo wśród gałęzi drzew
rozmazane niebo
i miliony tęcz…

betonowe serca
pustych ulic
mokre od deszczu wypalone słońcem
wołają o pomoc
ludzie na nich
tacy nie zabiegani
żadne uśmiechem się nie splami
i puste stare drzewa
objęte stalowym uściskiem nieba
płaczą za lasem
którego nigdy nie zobaczą

wołaj o pomoc
nim przyjdzie cień i zdławi cię
ciemnością
a ty w swojej bezradności…
nie nie!
nie poddaj się

wyciągniesz ręce na kształt krzyża
i zmieniać się będą twoje oblicza
twarz blada sino podkrążone oczy
twarz śniada wzrok kruczy

czerń i czerwień
ropa wymieszana z krwią
tak daleko stąd
umrzeć za tych niewinnych
nie wołających pomocy
by bóg sam zamknął im oczy
zamydlone

i słońca blask pod kamiennym tronem….

niewyobrażone moje szczęście gdy widzę
twojego uśmiechu więcej
niż inni mogli by dostrzec
tak na wprost patrząc w twoje oczy
wołam pomocy bo sens mnie ogrania
i woła mnie życie tak znakomicie
i kłamią przeciw sobie
ci którzy nie dowierzają
i ci którzy udają
coś czego nie potrafią
więc chodź i podaj mi dłoń
tak po prostu chodź
ze mną choćby i po kruchym lodzie
i na koniec świata
po ulicach od brudu szarych
nie damy im się zabić ani jej zabić
w gwiazd milionach
bądźmy zbłąkani w naszych domach
w drzew koronie
wiosną na zielonej łące
wśród kaczeńców
usiądziemy na trawie
i tylko księżyc i słońce
naszym panem
wyzwolenie rzucone kamieniem
w zimny strumyk
rozrzucone w twoich włosach
w rozmazanych oczach
tym szalonym uśmiechu na twarzy
wiesz co mi się marzy
Ty i ja i deszcz na pustej plaży
którą tylko nasze marzenia zajmą
jeśli tylko dostaniemy czas
zabiorę Cię gdzieś tam…

czy wiecie że umarłem
zaraz tamtej nocy
dzień po urodzeniu
gdy zostałem sam na sali
a strach palił moje oczy niewinne
i wszystko inaczej od tamtej pory
na świat patrzę
i widzę choć może trochę niewyraźnie
bunt przeciwko temu co nie we mnie
śmierć co zabrała mnie od matki
tak ja syn marnotrawny
z ołówkiem za uchem
i pękniętą skórą na plecach
od uderzeń kata
stałem na krawędzi
jestem pępkiem nieświata
we mnie walka
i ucieczka od przeciętności
w co?
w jeszcze większą…
nie patrz mi w oczy
tam tylko ciemność zobaczysz
upadek tuż przy mnie
czarne słońce
i żółć nieba
mięso ludzkie surrealistyczna wizja chleba


  • RSS