szczesliwy-czlowiek blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 12.2005

pod rozciągłą kopułą nieba rozsypaną gwiazdami
jestem błaznem z umazanymi w tuszu rękami
i będę pisał palcami po pustej tablicy swojej świadomości
od ucha do ucha gra muzyka a ja jestem sam
ciemna droga długa w las
tak widziałem ją stała tam z rozpuszczonymi włosami
rękę miała zwróconą ku słońcu a oczy ku niebu
wziąłem swe palce i pomazałem jej twarz
ale nie słyszała jak ja tej muzyki gwiazd
więc przecięła tę ciszę światłością swoich słów
wprost ze swoich ust zabiła mnie światłem
nie zdążyłem nawet rzucić cienia
utopić ją chciałem w swoich łzach
ale nie umiałem żadnej wylać nie wiem
ze strachu lub radości…
a może zacisnę dłoń by rozpuścić kostkę lodu
a może ogrzeję o nią moje ciało
zeschły się moje usta zaraz opadną na samo dno
nim wypowiem słowo słów pięć
przestanę stawać się człowiekiem
nie byłem nie będę i nie chcę
dusza chce a ja to przecież nie ona
nie ma potrzeb nie ma już gwiazd pod kopułą nieba
są tylko czernią przepasane drzewa
w dół droga długa czasem drżę
usiadłem nad jej zboczem a może zboczyłem tam
i płakałem bo zobaczyłem
innym niż widziałem do tej pory świat
bez usterek tak po prostu
od lewej do prawej perfekcja boga
w porze gdy nie widać defektów ludzkości
takim go widziałem
ściskam kostkę a gruby długi gwóźdź
przebija skórę – ścięgna – kość – skórę – podłogę
a krew wzdłuż niego tryska źródło życia
zbliżam się by zwilżyć usta a obraz ucieka
człowiek – ziemia – słońce…
twoje kąciki ust i oczu jasno mówią mi
że nigdy nie zaistniejemy jako My…
no bo gdzie Ty dla mnie jakieś miejsce znajdziesz
kobieto opamiętaj się
jestem skrzywiony w grymasie psychicznym
to jasne było że nie mam szans…

niżej…

Brak komentarzy

wizja polskich tradycji zapakowana
sprzedana w przystępnej cenie na bazarze
trąca zapachem komercji
w plastikowym pudełku reklamowana razem
z coca-colą

z każdym rokiem coraz bardziej zamiast narodzin boga, zimna babilońska podłoga…

zabiją moje ciało lecz nie zabiją duszy
gdy byłem dzieckiem zepsuło mnie powietrze mojego domu
spadłem z nieba a ziemia jest mi okruszkiem chleba
ach to Ty! zakłóciłaś w środku nocy mój sen
tak brutalnie przebudziłem się zachłysnąwszy powietrzem
krzyknąłem stój abyś odwróciła chociaż wzrok
zgrzytanie mi gra na fortepianie a strach na gitarze
zapłakane ludzkie twarze w lustrze i jeden uśmiech
dwa dni i wyjdziemy zza szyb naszych okien
słów potokiem wypowie mi wojnę cisza
lecz i ona nie odbierze duszy
zabierze ją tylko wypierze samotność chora
przyjdzie plastikowym workiem ręce powiąże
i powie że jest ona jest mój książę
co nie czyta książek plując poddanym w twarz
chce zostać królem tym czasem tu do zbuja bliżej
niżej niżej niżej jeszcze więcej spadaj spod moich stóp podeście
wdycham strute moim domem powietrze
sam je zatrułem będąc dzieckiem nie wyciągnąłem konsekwencji…
patrzę w oczy mojej małej śmierci i proszę znów o jeszcze chwilę…
ja podniosę z ziemi tan kamyk oddam innej by ona zmieniła
go w błoto cenniejsze niż kamieniowi twardością równe złoto
spiję wino z jej ust przemieszane z moją krwią za jeden uśmiech
puść mnie!
niebezpieczny dla otoczenia psychopata zamknięty w domu pełnym klamek
i drzwi do innych dni… przewieszony przez okno nie mogę płakać
siłą woli ducha czas zacząć się podnosić a nie podnosić…
tak właśnie wybrałbym te drwi za którymi na mnie zechcesz czekać Ty…

jego palec na wylot wbity w skroń
on pomiędzy sześciorgiem
braci ścian wliczając sufit i podłogę
liczy czas w nie swoich snach
nie dotykając żadnego
jego stan to tak jak niebo
wyrwane prosto z kontekstu
nie znaczące nic dla niego
zawisł w ciszy na jeden sen
by przez następne dwa
tłumić w sobie nieznośny wrzask
szarpiący wszystkie głosowy struny
ale milczał

a jego łza na policzku zawrzała
poczuł blady strach
ach gdyby nie on
to ten dach we wszystkim przeszkadza
z kamiennego szkła stoi nie wzruszony

a on tym czasem ze strumienia zagarnia garść wody
kradnie jak najgorszy cham!
pije i traci życie we snach
zabić go! spalić w ognisku!
związali zabrali przyszłość

siedział tam we snach licząc czas
trzymał ją jak dziecię za rękę
zakochał się
ale bał że ona splunie mu w twarz
usta na uwięzi
jego czy jej nie wiem
bo w miłości nie ma prawdy
nie szukaj sensu
szukaj powodu

ależ spokojnie nie pchać się proszę
pani wraca na tył pani stoi tu już pół godziny (i płacze)
cofnij się kobieto oficer każe
i szarą flegmę ściera równocześnie ze swojej twarzy
pani burza pani róża
niszczy i kłoje wszystko
w deszcze zamienione związki siarki
weź gwoździe przybij ją do mżawki
ale by się nie wyrwała
ona taka mała
aaaaaaaaaaaaaaaaaa
zostaw potworze
nie teraz nie czas
pan się cofnie i te iluzje zabierze ze sobą
lata motyl nad jej głową…

gdzie wiosna szaro-żółto listna
koniczyna cztero stopniowa
potnie palce
za czyn i szkodę trzeba płacić
więc płać wyplutymi zębami
nie rań jej ale tak by bolało
uderz w twarz
tak dobrze…

synu podoficera zamknij oczy
zaciśnij pięści słuchaj śmierci
jak woła woda słona z morza
w nawiasach krew
yyyyy

nie ma tak nie ma wracaj człowiek
skąd przyszedłeś
bułkę żebrzesz kościstymi dłońmi
ja piję wino daj mi zapomnieć
jego smaku
jakim kiedyś był potrzebnym

spadła pierwsza łza…

a weź udrzyj kawałek swego prześcieradła dla mnie
by móc opatrzyć me rany które krwawią niewidzialną krwią
podejdź do mnie tylko i powiedz ze spojrzeniem rzuconym
w oczy prosto, że Ty mnie nie zostawisz…

weź mnie za rękę i uściśnij ją ile masz sił bo tego mi trzeba
później przesuń swe dłonie na moje oczy i zasłoń mi świat
bo nie mogę już patrzeć, chcę widzieć tylko twoje dłonie
i przez szczeliny między palcami twoje oczy błyszczące

kawałki waty wepchnij pod me powieki by wchłaniały łzy
nie chcę byś oddała mi życia, chce byś chciała przy mnie być
pragnę tylko twego uśmiechu smutnego, bo taki najładniejszy
nie pytaj co było pytaj co będzie bo szczęścia znajdziesz wszędzie

jeżeli jeden uśmiech mój da Ci szczęście, to chodź tu bliżej
jeżeli pragniesz pocałunku to przysuń usta, zwilżę je delikatnie…
będę ciałem tam gdzie ja, duszą tam gdzie Ty, wzrokiem będę we łzach
nie jestem mądry bo brak mi pomysłów na mądrość…

potrafię tylko być sobą i umiem kochać…

Jestem duże dziecko, chłopczyk co się krępuje
powiedzieć tak prosto w oczy co
naprawdę czuje….

ja Cię kocham a Ty mnie nie
co?! kochasz mnie?
to ja już Ciebie nie!
aż drżą mi ręce nie mogę
nic więcej bo ten czas
ludzie niewolnicy samych siebie
i już nie wiem jak to jest
czy żyć czy przestać być…
padam na twarz, nie mam
już szans podjąć decyzji
w tej całej hipokryzji chwil
nie ma już nas trzy dwa raz
i stało się
nie ma nas nie ma mnie
czego chcesz więcej od życia
z kogo będziesz krew wysysać
i na co ta łza
przecież nic nie jestem wart
i tak ogarnia mnie szał..
wiruję cały świat bo bratu brat
nóż wbił pod serce
to tak w podzięce za nazbyt
czyste ręce

i czego chcesz wiedzieć więcej?

jestem tyle wart im mniej
mogę z siebie dać
a Ty ciągle brać brać brać
a mi się nie chcę i leżę
każdym ruchem grzeszę
chcę tu zgnić i nie pytaj mnie
dlaczego to robię
bo nie wiem sam, nie wiem jak
i po co to wszystko
życia jak teatr aktorów kiepska gra
każdy sobie sam
a życie z rąk wyrywa mi wiatr
i nie mam nadal szans
zgniatam w palcach świat
nie chcę nikogo grać
jeśli zechcę będę ćpać
odejdź zniknij z moich oczu
niech Ciebie ze mnie wyrwie wiatr
zmienił Nas oboje czas
zmienił Nas
a mi tylko czasem Ciebie brak
Ciebie brak

wrzaaaaaaaaask!

nie chcę Cię już znać!

cicho nie!

rozkwitnij we mnie jak kwiat
głupi polny kwiat…

poruszam palcem wskazującym dłoni
i ginę powoli w pogoni
i jeszcze raz nie mam szans

nie! nie! nie!
przez miłość czynię więźniem samego siebie

umrę nim nadejdzie ranek
przykuty do Ciebie
w tym więzieniu na twej dłoni…

ps.
to nie jest piosenka o moich uczuciach… bo moje uczucia sa w tej chwili zupełnie inne… to jest liryka roli czy coś tam coś tam…

gówno

Brak komentarzy

tak naprawdę przestał interesować mnie świat
który mnie otacza… ludzie… ha! kto to jest człowiek?
na pewno nie ja… zgubiłem go gdzieś w sobie dawno już
nie myślę tylko robię, nie pytam tylko biorę
to co moje i mi się należy od życia, przeżycia
upadek i chwała
okaleczone ręce od tego całego życiowego potłuczonego szkła
pokaleczona nawet twarz
i tylko wiatr przypomina że to ciągle to samo miejsce
bo on wieje nie zmiennie choć tyle się zmieniło…
wcale mi się nie chce dalej iść
najchętniej bym zawrócił tą drogą którą znam
spal mnie w piekle panie boże
bo tylko na to zasłużyłem
zatoczyłem się jak pijak.. bach!
już leżę na ryju
jest mi dobrze nakryjcie mnie kocem
naplujcie mi w twarz
ja i tak zostaję
pierdolę to że jestem słaby
pierdolę wszystko
nie chce mi się myśleć…
też o mnie nie myślcie nie warto
i tak kiedyś jak każdy umrę…
po co się przyzwyczajać
rzygam na to…
czwarty dzień siedzę dupą w fotelu
i nie robię nic
tydzień poświęcony na rozpadnięcie się

ale i tak warto żyć

nie było czasu zbierać kurz kropelka po kropelce
zabrakło go by wziąć się za ręce i próbować iść
ale nikt nie podchodzi by zapytać czemu płaczę…

kryształki lodu mam na ustach bo usta zapomniały smaku
jaki dusza zna… ta samotność – Ty i ja…
to gryzie się z rzeczywistością bo przecież Ciebie nie ma…

być nie może… jak to? tak po prostu… nie warto pytać
za długa ścieżka wydeptana w mojej głowie do tej historii
nie chce mi się tam iść… znam już każdy kamyk

idę teraz dalej – sam? zatrzymajmy się tu nad rzeczką
weź trochę świeżej wody wprost ze źródła ona nasza jest
tak jak każdy kwiat tej łąki i te miliony słońc gdy jedno zachodzi

wyciągnij rękę a dotkniesz Boga zawieszonego na pajęczej nici
słuchaj ze mną wiatru i nie pytaj go o nic i tak Ci nie odpowie
wykrzycz co masz w sobie teraz echo poniesie to za świat

co z tego że jest świat gdy nie ma płomyczka co zamienia
złoto w łzy więcej warte niż owoc zerwany z drzewa w ogrodzie
wtedy mieliśmy początek gdy nas jeszcze nie było

złap moją dłoń… chodź… no chodź już… nie patrz tak na mnie
musimy iść, bo dzień nadchodzi, ale może jutro znowu przyjdę
pod osłoną nocy by zbawiać świat, zmieniając jedno istnienie

gdzie ten czas w którym dane było mi myśleć… wyparował…
para jeszcze się unosi u mnie pod powiekami w oczach…
widzisz, zajrzyj jak najgłębiej może ostatni raz już patrzysz

zajrzyj w głąb studni nie zmierzonej, poczuj ten strach który czułem ja
gdy kosmyk twoich włosów zawijałem na palcu, patrz one już zostaną tak
twoja twarz i włosy w nieładzie… proszę Cię nie budź mnie
gdy przyjdzie ranek…


  • RSS